czwartek, 18 czerwca 2015

Wyniki Konkursu! One Party zwycięskie!

Witajcie kochani :)

Wczoraj zakończył się mój konkurs a dziś przyszedł czas na wyniki. Wybór był naprawdę bardzo trudny. Serio, przydzielałam miejsca ponad godzinę. Dlatego ,że nie mogłam się zdecydować postanowiłam dodać 3 wyróżnienia. 

Łącznie dostałam 15 prac. W tym 3 nie zgodne z Regulaminem ( były o postaciach nie aktorach)
Nie brałam pod uwagę błędów ortograficznych gdyż bardziej skupiałam się na sensie opowiadania.
Nie ujawniam ocen prac gdyż myślę ,że nie każdy z uczestników sobie tego życzy. Jeśli jednak ktoś był ciekawy ile punktów otrzymał proszę pisać na mój mail : dodo.comello123@gmail.com

Serdecznie dziękuję wszystkim osobom, które wzięły udział i Gratuluję zwycięzcom!
Przejdźmy teraz do ogłoszenia wyników!
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Pierwsze miejsce otrzymuje Weronika!!!!!! ( weronika.a.d@wp.pl )

- Powiedz mi jak cierpisz.
- Powiem.
- Więc?
- Cierpię, chodząc, cierpię leżąc i wylewając łzy, cierpię, myśląc. Myśląc o życiu, o tym co miałam i co straciłam. Cierpię oddychając, chciałabym to zatrzymać. Przykładam dłoń do klatki piersiowej i czuje rytmiczne uderzenia. Po co one są? Cierpię, słysząc jak bije moje serce.


- Jak sądzisz, ile osób dostaje drugą szansę?
- Niewiele.
- Każdy. Ale nie wszyscy umieją ją wykorzystać.
- Mi się uda.
- Zobaczymy.
- Będę strzegł jej duszy, serduszka i sprawię, by była szczęśliwa. Będę jej bronił przed złem, przed pokusą, przed strachem i bólem. Pomogę jej, wnosząc radość do życia, rozświetlając twarz uśmiechem, stanę obok, gdy zajdzie taka potrzeba.

Za życia nie byłem dobrą osobą. Nie dziwię się, że zginąłem. Ktoś, kto mnie zabił, zrobił dobrze. Teraz przynajmniej ja nikogo nie krzywdzę. Staram się zapomnieć o ziemskim bycie, ale to wszystko co się tam stało nie daje mi porzucić przeszłości.
Dostałem szansę, stałem się aniołem.
Chcę odkupić winy i naprawić błędy, które popełniłem. Muszę stanąć w obronie szczęścia ślicznej blondynki, jakiej do tej pory nie znałem. Żałuję, że nie było okazji by spotkać ją przedtem, bo jestem pewien, że gdybym dostrzegł jej serce wcześniej, ona odmieniłaby mnie. Mógłbym pokochać ją i stać się jej księciem, rycerzem, kimś, kto mógłby wnieść światło do mroku jej umysłu.

- Nie zakochaj się w niej – Bóg ukazuje mi obraz tajemniczej złotowłosej, wypowiadając słowa przestrogi.- Nie wolno ci jej uwieść, ani oddać swojego serca. A teraz idź. Wrócisz, gdy Mercedes pozna smak spełnienia.
Kiwam głową, zdaniee nie wydaje się trudne. Do tej pory byłem niezdolny do uczuć, więc jestem przekonany, że nie będę w stanie zatopić się w jej oczach.
Stało się.
Zostałem zesłany na ziemię, gdzie powiew delikatnego wiatru przyniósł za sobą zapach uczuć...
Mogłem przybrać ludzką postać w obliczu konieczności.
Zjawiłam się w małym pokoju, wokół panuje półmrok, w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach stęchlizny, a do uszu dobiega dźwięk czyjegoś szlochu. Wysilam wzrok i dostrzegam drobną postać skuloną w koncie.
Przyklękam przy niej.
- Mechi – szepcę, choć wiem, że nie może  mnie usłyszeć. Jestem tylko duszą. - Mer...
- Po co ja w ogóle żyję? - mówi do siebie przez łzy. - Nie powinnam tu być. To nie jest mój czas. Nikt mnie nie potrzebuje, nikogo nie obchodzę, jestem beznadziejna. Tylko jedna marna dziewczyna w tą czy w tamtą, to w zasadzie żadna różnica – w dłoni trzyma żyletkę. - Bez sensu...
Nie zastanawiając się nawet sekundy wytrącam przedmiot z jej dłoni.
Nie będziesz się okaleczać – patrzę na nią, mimo iż wiem, że nie ma pojęcia o mojej obecności.
Na widok jej zapłakanych, bursztynowych oczek boli mnie coś w okolicy klatki piersiowej. Znikam szybko, nie mogąc patrzeć na to, jak jest jej źle. Brak mi pomysłu na pomoc, na jakiekolwiek działanie w kierunku lepszej przyszłości.
- Pomóż mi – mówię wyraźnie, wznosząc wzrok ku górze. - wiesz, że chcę dla niej dobrze. Daj mi jakąś podpowiedź. Błagam cię.
- Pokaż jej piękno, daj szansę zerknąć w gwiazdy, poznać tajemnice księżyca, skosztować promieni słońca, naucz ją rozróżniać kolory. Dasz sobie radę, Ruggero – słyszę Jego głos w mojej głowie.
To takie oczywiste, takie banalne, a piękne.
Dziwnie czuję się, będąc jak człowiek. Dusza jest wolna, niezależna, ciało to cząsteczki, to kształt, to ograniczenia, odczucia bólu, zimna i gorąca... to zło.
- Mercedes – pukam w drzwi jej mieszkanka, królestwa, osobistej krainy zapomnienia, ucieczki, wyimaginowanej rzeczywistości. - Otwórz, proszę.
Blondynka staje w progu, opiera się o framugę i patrzy na mnie swoimi dużymi oczami, zdziwiona.
- Cześć – odzywam się cicho, nie chcę zburzyć jej idealnego świata, w którym zamyka się ilekroć coś idzie nie tak, za każdym razem, gdy ktoś ją rani, kiedy rzeczywistość zwycięża nad marzeniami.
-Kim pan jest? - pyta zdezorientowana. Mglistym wzrokiem studiuje moją twarz, jakby chciała odnaleźć odpowiedź.
- Twoim aniołem – unoszę kąciki ust prawie niewidocznie, widzę po jej minie, że nie ma pojęcia, o co chodzi.
- Proszę sobie nie żartować, jeżeli nie przychodzi pan z konkretną sprawą, to proszę mnie nie nachodzić, dobrze? - próbuje zamknąć drzwi, ale ja w porę zatrzymuję je.
- Mercedes. Tak masz na imię. Mechi – staram się mówić szybko, żeby zająć jej myśli, by przekonać do swoich racji. - Twoi rodzice zginęli w wypadku dwa miesiące temu. Tydzień później zostawił cię chłopak, a siostra poroniła. Trzy dni temu straciłaś też pracę. Jednym słowem, sypie ci się świat. Ale przecież nie zawsze było tak źle, prawda? Miałaś dobre dzieciństwo, byłaś wesołą dziewczynką ze złotymi warkoczami i zawsze w niebieskich sukienkach i pantofelkami z kokardką. Nie stroniłaś od przyjaciół, a rodzina była niemalże idealna. No ale nic co piękne nie trwa wiecznie, nie sądzisz? Ojciec zaczął pić, bił ciebie, mamę i bliźniaczkę.
- Skąd ty to wiesz? - zagryza wargę, a w oczach pojawiają się małe kropelki.
- Mówiłem już, jestem aniołem – delikatnie zamykam jej dłoń w uścisku. - To nie był żart, ani tym bardziej głupi podryw.
- Wejdź.

- Dlaczego akurat ja? - pyta, patrząc w kubek gorącej herbaty. - Czemu Bóg kazał ci pilnować właśnie mnie?
Chwytam jej nadgarstek. Opuszkami palców przejeżdżam po bliznach. Nowych, świeżych ranach i tych już dawno 
wygojonych.
- Bo nie znasz nadziei, zapomniałaś o marzeniach, powołaniach, utraciłaś umiejętność uśmiechu, a przecież jest on taki niezwykły... Masz wielką siłę, a ja jestem po to, by zmienić zło w dobro, żeby pomóc ci odszukać zagubioną miłość... do świata, do ludzi, do życia.
- A ty? Akurat ty?
- Bo gdybym do tej pory chodził po ziemi, zabijałbym. Byłem mordercą, niszczycielem, sadystą, kimś, kto nie zasługuje na niebo.
Widzę jak drży, najprawdopodobniej ze strachu, jej i tak blada twarzyczka przybiera kolor marmuru, staje się biała jak śnieg, a usta krwawią, od nadmiernego zagryzania ich.
- Nie bój się – lekko przejeżdżam dłonią po jej policzku, ścierając z niego słone łzy. - Nie zrobię ci nic złego, jestem dla ciebie, uwierz mi.
Mechi tylko delikatnie kiwa głową, a ja uśmiecham się do niej.
- Obiecaj mi coś – patrzę w jej źrenice. - Nie zakochaj się w mnie.
Przez chwile milczy, potem odwraca wzrok w stronę okna, które wreszcie odsłoniła, a ja już zaczynam uznawać to za zły sygnał. Mruga, otwiera usta by coś powiedzieć, jednak rezygnuje z tego zamiaru, bo nie mówi nic jeszcze przez dłuższą chwilę.
- Postaram się – wypowiada w końcu słowa, które przepełniają mnie niepokojem.


- Gdzie mnie zabierasz, Rugge? - owe pytanie, ubrane w melodyjny ton wypływa z ust Mercedech chyba po raz setny w przeciągu dwudziestu minut.
Uśmiecham się do siebie, zakrywam oczy dziewczyny rękami, by mieć pewność, że nie podgląda. Nie wie dokąd idziemy, ani po co.
- Zobaczysz – muskam jej policzek, trzymając jeszcze chwilę w niecierpliwości – Mogę zabrać cię dokąd tylko 
zechcesz, gdzie tylko mi lub tobie się zamarzy. Mogę powieść cię w najskrytsze zakątki planety, pokazać miejsca, o których ci się nawet nie śniło. Ale wiesz co? Ty tego nie potrzebujesz. Tobie nie trzeba rubinów, byś uwierzyła w kaszmir, ani złota, żeby ujrzeć blask.
- To takie niezwykłe, co mówisz – w jej głosie słyszę wzruszenie.
Nie potrafię dłużej trzymać jej z niepewności. Zabieram dłonie z twarzy Mer. Przed nią rozpościera się piękny krajobraz. Linia horyzontu sięga gór w dali, nocne niebo styka się z ziemią. Czarna płachta przeszyta lśniącą nicią – gwiazdami.
- Pamiętaj, że nawet gdy odejdę, będę stamtąd patrzył na ciebie – stoję za nią, obserwując uważnie każdy gest.
- Jak mam się w tobie nie zakochać, gdy robisz się dla mnie kimś więcej, gdy wskazujesz mi drogę, rozgarniasz mgłę, stajesz ze mną twarzą w twarz, a ja czuję jak szybko bije moje kruche serduszko. Nie znam cię zbyt długo, nie chcę tego czuć, ale to zbyt trudne, bym umiała powstrzymać miłość, jaką cię darzę. Przepraszam, przepraszam cię, zawiodłam...
Próbuje uciec, ale nie pozwalam na to. Łapie ją w swoje ramiona i trzymam jej ciałko w uścisku, przyciskam do siebie, pozwalam wypłakać się w ramie.
- Jestem słaba, wybacz mi, że nie umiem skrywać uczuć. One zalegają we mnie, zabijają mnie od środka.
Nie potrafię odpowiedzieć nawet jednym słowem. Widzę w jej tęczówkach coś, czego nigdy wcześniej nie dostrzegałem w niczyich oczach, radość kryje się pod powłoką otrzymywanej nienawiści.
Unoszę, niemal niewidocznie, jej podbródek.
- To ja miałem nauczyć cię pokonać strach, a tymczasem ty pokazałaś mi jak kochać – szepcę, równocześnie składając na jej wargach delikatny pocałunek, wyrażający wszystko, mówiący więcej niż tysiąc słów.
- To złe, to bardzo złe, co robimy – płacze.
Nie lubię, gdy się smuci. Wycieram jej zaróżowione poliki
- Cichutko. Będzie dobrze, uśmiechnij się. Powiedz, czy teraz jesteś szczęśliwa?
- Ty dajesz mi radość. Chcę żyć tylko dla ciebie i wyłącznie ty możesz pozbyć się mojego smutku, jesteś moim światłem, uśmiechem, słońcem i księżycem, jesteś drogowskazem, krwią płynącą w żyłach. Jesteś moimi myślami i mym snem. Jesteś wszystkim co mam.

- Złamałeś jedyną zasadę, którą ci dałem. Zakochałeś się w niej, a ona kocha ciebie – słyszę głos w mojej głowie.
Unoszę wzrok, widzę postawną sylwetkę mężczyzny. Ma łagodny wyraz twarzy. To Bóg.
- Ale tylko tak mogła pozbyć się depresji. Tylko w ten sposób, bo miłość jako jedyna może uczynić człowieka szczęśliwym, jest najlepszym lekarstwem, daje siłę. Jako jedyna łamie wszelkie przeszkody.
- Dobrze, Ruggero, chyba jednak czegoś się  nauczyłeś. Masz rację, poznałeś sens istnienia, prawdę bytu, gratuluję. Wydaje mi się, że pozbyłeś się grzechu... a jednak, przekroczyłeś pewną granicę – tłumaczy wolno, zastanawiając się nad każdym wypowiedzianym słowem.
- Za błędy się płaci – spuszczam głowę. - Tyle, że Mercedes nie była błędem. Za jeden dzień u boku mojej księżniczki, mogę wytrwać i rok w piekle, byleby jeszcze kiedyś ją zobaczyć.
- Rozumiem – przytakuje. - W takim razie przebędziesz pięć lat z diabłem, a wtedy pozwolę ci wrócić do raju.

Kolejne 1826 dni 'żyłem' pod ziemią, gdzie nie dochodził nawet promyk światła, a jedynym zajęciem było odliczanie czasu do spotkania się z Mechi. Każda godzina dłużyła się, zamieniała w miliardy lat świetlnych, a w ryzach trzymało mnie jedynie wyobrażenie złotowłosej. Marzyłem o jej oczach, o loczkach i malinowych usteczkach. O jej zapachu, smaku, dotyku.
1822...1821...1820...1819...
438...437...436...435...
29...28...27...26...
4...3...2...1..
Aż wreszcie wybiła godzina mojego odejścia, sekunda, w której nastał nowy początek, moment końca męczarni.

        Tak inaczej jest nagle stąpać po miękkich obłokach, niezwykle, móc patrzeć na nią, na to, jak leży na łące i liczy gwiazdy.
- Czekam na ciebie, kochanie, czuwam nad tobą – szepcę do niej. Dzieli nas odległość, stan, rodzaj i wszystko inne, a mimo to, ona uśmiecha się, jakby słyszała.
- Wiem, aniołku.

 Serdecznie gratuluję!
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Drugie miejsce otrzymuje Karmelka Verdas! (karmelkapisze12@gmail.com)

Nienawidzę świata, ludzi, roślin i innych rzeczy. Nie rozumiem, dlaczego ludzie, którzy wiele dla mnie znaczą umierają? Zamordowanie moich rodziców-to był cel dla tego cholernego mordercy. Siedzi w więzieniu, ale to nie odwróci tego, co się stało. Nie będę się ciąć, nie widzę w ty sensu.
Właśnie idę do jakiegoś urzędu i ciągnę za sobą 2 walizki.  Tak, tak przeprowadzam się. Jest jeden problem. Będę z kimś mieszkała, lecz nie wiem z kim.
Wzięłam wdech i zapytałam recepcjonistki o pana N.
-Pierwsze drzwi na lewo.
Zastanawiacie się pewnie, czemu idę do jakiegoś urzędu,  a nie do psychiatry? Sama nie wiem, a nie , chwila. Mój tata jakby to przewidział. Poprosił kolegę o to, żeby się ktoś mną zajmował. Kochani rodzice nauczyli mnie, że warto się stawiać tylko wtedy, kiedy trzeba.
Rodzice... Na myśl o nich tysiące, miliony łez napłynęło mi do oczu. Muszę być silna! Ale jak być silnym, gdy osoby, które cię wychowywały, osoby, które ocierały każdą twoją łzę, osoby, które zawsze przy tobie były i mówiły, że nie odejdą nigdy, właśnie odeszły?! Wiem, że nie powinnam być na nich zła, tylko na tego... Ugh... Poczułam jak jedna kropla łzy spadła na moje dłonie. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam płakać. Wyjęłam chusteczki i wytarłam wilgotne oczy oraz policzki. Podeszłam do dużych drzwi i drżącą ręką zapukałam.
-Kto tam?-zapytał ktoś głuchym głosem
-Lambre... Lambre Mercedes-powiedziałam w połowie łamiącym głosem.
-Proszę, wejdź-odpowiedział tajemniczy głos, lecz zmiękł. Czemu wszyscy muszą się nade mną litować? Z nijaką miną siadłam na krzesło wskazane przez profesora.
-Witam, jestem profesor Negro. Jak pewnie wiesz, przydzielimy ci zaufanego "opiekuna"-zrobił cudzysłów palcami. Kiwnęłam głową twierdząco. Myślałam, że będzie to jakiś starszy mężczyzna.Moje przypuszczenia okazały się błędne, gdy do pomieszczenia wszedł wysoki brunet o czekoladowych oczach. Kiedy zauważył mój wzrok na nim uśmiechnął się ciepło. Jakby tym uśmiechem miał mnie "uleczyć". Odwajemniłam mój pierwszy uśmiech od wypadku. Nie był wielki, ale szczery.
-Cześć! Ja nazywam się...-zaczął entuzjastycznie - Ruggero -dokończył spokojniej i podał mi rękę
-Cześć, Mecedes-Mruknęłam, uścisnęłam jego dłoń. Zrozumiałe, że nie będę tryskała radością, więc nie zdziwiła go moja odpowiedź.
Wymienił porozumiewawcze spojrzenia  z profesorem Nekro.
-To twoje walizki?-zapytał, a raczej stwierdził. Kiwnęłam głową. Chłopak wziął walizki.
-Do widzenia-powiedzieliśmy równocześnie. Odwróciłam wzrok na bruneta , a on na mnie. Nie uśmiechał się, bo wiedział, że mam nie a dobry humor.
-Ruggero, mam jedno pytanie...- brązowooki spojrzał się na mnie.
-Proszę, mów mi Rugg-uśmiechnął się.-Jakie pytanie?
-OK. Daleko jeszcze?
-Nie, za tym blokiem-wskazał ręką. Po krótkiej chwili spaceru po mieście weszliśmy do uliczki.
Moim oczom ukazał dom. Śliczny dom. Nie wyglądał na bogaty, ale był na prawdę śliczny.
Rugg otworzył mi drzwi, a ja już ze swoim walizkami weszłam do mojego  naszego domu.
Postawiłam pakunki przy ścianie.
-Tu jest kuchnia, salon-wskazywał palcem. Otworzył drzwi.-Mój pokój.-Otworzył kolejne-A to twój-pociągnął za klamkę.
Rozejrzałam się po pokoju. Moim jasno różowym pokoju. Podeszłam do dwuosobowego łóżka. Spojrzałam się na komodę, na której stało zdjęcie. Ja i moi rodzice.
Automatycznie poczułam ja moje oczy wypełniają łzy.
Odwróciłam się do Ruggero. Chciałam mu powiedzieć, żeby wyszedł, bo nie chcę być widziana płacząca, ale nie zdążyłam. Bo poczułam jego silne ramiona oplatające mnie.
Wiedział, żeby nie odchodzić pogrążać...
Oderwałam się od niego. Od jego ciepłych rąk, dłoni, w których mogłabym przebywać non stop.
-Wszystko w porządku?-zapytał swoim melodyjnym głosem.
-Nie... Znaczy tak... Ale dlaczego to zrobiłeś?  Przecież jesteś opiekunem...
-Owszem, jestem, ale nie mógłbym patrzeć jak cierpisz.
-Ja... Dziękuję...-powiedziałam niepewnie, po czym się lekko uśmiechnęłam.-Dzięki tobie zacznę się więcej uśmiechać.
-I o to mi chodzi!-odwzajemnił uśmiech. Po raz pierwszy się rozpłynęłam. W tym jego uśmiechu i cudownych oczach.
Wpatrywaliśmy się w siebie dłuższy czas, aż zadzwonił dzwonek.
Ruggero podrapał się po karku.
-Może Ci nie mówiłem, ale zamówiłem pizzę.
-Ruggero...
-Nie lubisz?
-Nie gadaj, tylko chodź...-Szczęście... Chyba tak to mogę nazwać. Nie pizze, tylko przyjaźń. Wspaniałe uczucie.

•Po zjedzeniu•

-To tu jest pianino?- Zaczęłam się zachowywać odważniej, od kiedy mu zaufałam....-Mogę?-Włoch, jak się dowiedziałam, pokiwał głową.

Es por amor todo sera verdadero
Si es por amor doy todo lo que soy
Mi corazon es todo lo que yo tengo

Nagle dołączył się do mnie brązowooki.

Gane y perdi, nunca me rendi
Por que soy asi 

Śpiewaliśmy razem, a ja czułam jakbym latała.
Jakby podnosiło mnie miliony motylków.
Jakbyśmy ja i Ruggero wznieśli się ponad chmury.
Piosenka się skończyła, a my po raz kolejny tkwiliśmy w bezruchu.
-Czy... Możemy iść na cmentarz? -przerwałam ciszę
-Będziemy chodzić codziennie-Ucieszyłam się, że będzie cały czas ze mną. Że nie oleje mnie, tylko będzie mnie pocieszał. Dzięki Bogu znalazłam takiego przyjaciela.
Tylko nie mogę się w nim zakochać...

•Po jakimś czasie•

-Kocham was...-powiedziałam do grobu.
Do domu mieliśmy jakieś 10 minut. Był wieczór, a ja trzęsłam się z zimna. Oczywiście Rugg to zauważył.
-Chcesz moją kurtkę?-zaproponował.
-Obejdzie się bez tego- rzekłam cichutko. On nie zwracał  uwagi na moją wypowiedź i narzucił mi ją na ramiona.-Dziękuję, nie musiałeś...
-Owszem, musiałem.

•Po wieczornej toalecie•

To moja pierwsza noc tutaj. Wiem, że za ścianą jest Ruggero, ale się boję, iż ten morderca się tu pojawi.

Bięgnę korytarzem, a za mną ON. Ten cholerny morderca. 
Dogania mnie lecz moje szybkie przebieranie nogami nie pomaga.
Wyciąga nóż z sakiewki, podnosi go do góry łapiąc mnie za szyję.

-Aaaaa!-krzyknęłam. Jednak leżę w moim łóżku.

Nagle nade mną pojawił się Włoch.
-Wszystko w porządku?-zapytał się
-Ja... Ten... M... Mo... Morderca...-siadłam i mówiłam przez łzy. Strumienie łez płynęły po moich policzkach. Rugg sięgnął po chusteczki i mi jedną dyskretnie podał.
-Spokojnie... Mechi...- pierwszy raz mnie ktoś tak nazwał. Spojrzał mi prosto w oczy swoimi-czekoladowymi. Po raz kolejny cisza wokoło. Po raz kolejny wpatrywaliśmy się w siebie tak, że nic innego nas nie obchodziło. Przerwałam wpatrywanie się. Nie chciałam się zakochać.
Nie mogłam.
-Mó...Mógłbyś tu zostać przez noc?-zapytałam niepewnie.
-Oczywiście, pójdę po kołdrę i poduszkę- Na prawdę go kocham. Kocham po przyjacielsku. Przez tak krótki czas zrobił dla mnie tyle dobrego.
Ruggero zaczął się układać na podłodze.
-O nie! Śpisz na łóżku!-tupnęłam nogą jak mała dziewczynka.
-Z tobą?
-Na to wygląda...

•3 miesiące później•

Znowu morderca, znowu korytarz, znowu męczący bieg. 
Zatrzymałam się, a za rogiem ujrzałam moich rodziców.
Przez łzy podbiegłam i rzuciłam się im na szyję.
Oni nic nie mówili. Ciepło się uśmiechnęli. Ja też. 
Wzięli mnie za rękę i zaprowadzili do pomieszczenia.
Zwykłe, białe pomieszczenie. A w nim Ruggero grający na keyboardzie. 
"Podemos" 
 Rodzice zniknęli, a mój głos połączył się z jego. 

Podemos pintar colores al alma, 
podemos gritar "ieeeee" 
Podemos volar sin tener allas 

Oszołomiona snem siadłam na łóżku.
Czy moi rodzice chcą, by ja i Rugg...? Nie...
Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
-Dzień dobry jubilatko-zakrzyknął brunet.
-Jubilatko? Aaa no tak...-zdziwiłam się. Miał w rękach tacę z jedzeniem.

•O 16. OO•
Poubierani w kurtki wyszliśmy z domu.
-Gdzie mnie zabierasz?
-Idziemy do lasu!
-Do lasu? Ja nie pójdę tam!
-Nie ufasz mi?
-Ufam- szepnęłam- Lecz nie lubię lasów, boję się ich...- Nie zaczął się śmiać. Wyciągnął rękę w moją stronę.
Bez słów złapaliśmy się za dłonie idąc ścieżkami między drzewami.
Pierwszy raz byliśmy TAK blisko. Czułam mini prąd przeszywający mnie od góry do dołu.
Boję się, że ta przyjaźń nie przetrwa.  Że moje uczucie jest silniejsze. Tak, zakochałam się w uroczym Włochu.
Nagle moim oczom ukazał się prześliczny domek na drzewie,
-Wchodź pierwsza
-Jest śliczny...Sam go zbudowałeś?
-Ja wcale nie mówiłem, że były duże kolejki w sklepach, żeby tu zostać...- rozłożył ręce w gest niewiedzy. Oboje się serdecznie roześmialiśmy.- Mercedes, może to nie odpowiedni moment,ale muszę ci coś wyznać. Odkąd cię poznałem... Ja po prostu cię kocham. 
Nie wyobrażam sobie mojego życia bez ciebie, a właśnie życie- oddałbym za ciebie.
K O C H A M    C I Ę.
-Ja... Ruggero... Ja... też cię kocham...
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Trzecie miejsce Alexandra Comello!!! (alexandracomello19@gmail.com )
Czasami przyjaźń potrafi zmienić się w miłość. A wiesz co? Powstałe wtedy uczucie nie może być przez nic zburzone. Związek, który buduje się – tak jak inne, ale jednak inaczej – od podstaw, od zaufania, jest trwalszy. Silniejszy. Tym bardziej, jeśli dodatkowo ugruntowany przez trudne wydarzenia.
Chcesz poznać historię właśnie takiego związku? Związku, który wcale nie był taki kolorowy, jakby się mogło wydawać?
Możemy zaczynać?

hay en mi corazon una inquietud
hoy te veo tan distante

- Wyglądasz przepięknie – rzucił, kiedy podeszła bliżej.
Uniosła brwi. – Jak zawsze. Nie podlizuj się.
- Oj, no taka prawda. Masz niesamowity talent do… wiesz, do dopasowywania kolorów do siebie, fasonów i tak dalej…
- Puknij się w czoło, Facu. Przecież wiesz, że stylistki to wybierały. Mów lepiej, czego chcesz.
Podrapał się po głowie.
- Dobra. Masz mnie. Potrzebuję chyba jeszcze jednej próby. Wiesz, nie chcę źle wypaść. A jak mi źle pójdzie, to automatycznie tobie też. Znasz chyba tą zależność.
Zmarszczyła czoło i zmrużyła oczy, spoglądając na niego podejrzliwie.
- Która scena?
- Aaa. No ta… wiesz, zaraz po tym, jak Maxi i Naty się godzą. Pamiętasz, on wtedy przekręca czapkę i tak do niej podchodzi…
Przymknęła powieki i jęknęła ze zrezygnowaniem. – Facu. Kiedyś cię skrzywdzę, obiecuję.
 - Ej no, ja po prostu nie chcę, żeby nam źle poszło…
- Pójdzie nam doskonale! – Przerwała mu. – Nie musimy ćwiczyć tej sceny pięćdziesiąt razy, idioto. A znając życie, to i tak zrobisz coś źle, żeby tylko to powtarzać w nieskończoność. Inni potrafią nakręcić pocałunek w dwóch, maksymalnie trzech ujęciach, a my co najmniej dziesięć potrzebujemy. Brakuje ci całowania?
Przybliżył się do niej. – No trochę. Czuję się taki niespełniony… No Alba, no.
- Aj, idź mi stąd. Potrzebuję ciszy i spokoju. – Gniotła nerwowo w ręce kratkę ze scenariuszem. – Nie umiem jeszcze swojej roli, więc nie zawracaj mi głowy całowaniem. O, chyba cię wołają. Idź stąd już. No rusz się, Facu.
Spojrzał nad nią spod byka. – Ale później mi to wynagrodzisz.
- Porozmawiamy o tym. Idź sobie. Ej no, idź.
Pocałował ją w policzek. – Nie wymigasz się. I idę tylko dlatego, że teraz moja kolej, jasne?
- Jasne, no idź już. No już mnie całowałeś! Facu, idź.
- Zapamiętam to sobie, mała.
- Nie jestem mała!
- Słyszałem to już. Wiesz, niby wzrost się nie liczy, no ale…
- Facu! – Popchnęła go. – Idź mi stąd. No idź!
- No dobra, idę, księżniczko, już idę… nie denerwuj się tak.
Odszedł, zanim zdążyła mu w tym pomóc.

hay algo que me aleja de tu amor
de repente tu cambiaste

Wiesz, że wszystko byłoby dobrze? Przecież między nimi tak dobrze się układało. Nie widzieli świata poza sobą. Spędzali ze sobą całe dnie. Potrafili bawić się świetnie tylko w swoim towarzystwie. Nie potrzebowali nikogo więcej. Więc dlaczego to wszystko stracili?
Wszystko runęło… praktycznie przez nic. To była tylko głupia kłótnia. Słowa wypowiedziane z porywie emocji. Kłamstwa, których już nie mogli odwrócić (może to przez ich własną dumę?). Zbyt uparci, aby zrobić pierwszy krok. A po pewnym czasie, to wszystko jakby zniknęło. Jakby… nigdy ich nie było. Jakby nigdy się nie znali.
Jakby nigdy nie było tego wszystkiego; chyba ktoś po prostu wymazał całą przeszłość gumką.
Ołówek tak łatwo wytrzeć.
Ale niemożliwe, by z ich związkiem można zrobić to samo.
A jednak.

hoy insegura estoy
el estar sin ti se que me hara sufrir

- Czyli... nie jesteście już razem?
- A wyglądamy, jakbyśmy byli?
- Tylko spytałem, stary, ja…
- To nie pytaj. I najlepiej zostaw mnie w spokoju.

Już od dłuższej chwili siłowała się z drzwiami garderoby. Zatrzasnęły się – jak na złość. Ona to jednak miała szczęście. Jęknęła zrezygnowana.
- Halo, czy ktoś mnie słyszy? – Zawołała uderzając w drzwi. – No nie wierzę, że tutaj nikogo nie ma, no!
Spojrzała na zegarek; dokładnie za trzy… dwie i pół minuty miała być na planie. A reżyser nie znosił spóźnień – co to, to nie!
- Alba? – Dobiegł ją czyjś głoś zza drzwi.
O nie.
Nie on.
Znów jęknęła. – Żywy człowiek, który otworzy te cholerne drzwi i ocali mnie przed śmiercią? – spytała.
- Zatrzasnęłaś się, czy co?
- Nie! Tak sobie siedzę, bo nie mam nic ciekawszego do roboty. Wcale nie śpieszę się na plan, nie, skądże. Ty też masz dzisiaj wolne?
- Poczekaj moment, pójdę po kogoś…
- Ja mam dwie minuty, dziesięć sekund! – zaprotestowała. – Otwórz to, proszę cię, nie bądź taki!
Przez chwilę po drugiej stronie panowała cisza.
- Odsuń się od drzwi – powiedział po chwili.
- Co ty chcesz zrobić?
- Alba, odsuń się, mówię.
Stanęła bardziej z boku. Zagryzając ze zdenerwowania wargi, kilkanaście minut wcześniej tak perfekcyjnie umalowane przez makijażystki. Ale teraz miała to gdzieś. Tylko 90 sekund dzieliło ją od pewnej śmierci.
- Zabijesz się! – krzyknęła, kiedy trzeci raz coś uderzyło w drzwi od drugiej strony.
- Czekaj, już prawie.
I dopiero po szóstym z kolei podejściu drzwi otworzyły się hukiem, a ona w ostatnim momencie zdążyła się odsunąć. Przez moment stała jeszcze w miejscu przyglądając się chłopakowi, który z grymasem rozmasowywał obolałe ramię.
W pierwszym momencie miała ochotę podbiec do niego i rzucić mu się na szyję, ale… nie mogła. Nie po tym wszystkim.
Mieli być dla siebie obcy. Miało być tak, jakby nigdy nie byli razem, jakby to wszystko, co było między nimi, było tylko pięknym zwykłym snem. Mieli się ignorować. Już nigdy ze sobą nie rozmawiać – oczywiście jeśli nie było to konieczne.
- No dzięki – rzuciła, poprawiając w biegu włosy. – Zamknij jak możesz. Dziesięć sekund… już nie żyję.
Później wybiegła z pokoju, nie obdarzając go ani jednym spojrzeniem.
Nie powinni.
Osobno było im lepiej. Przynajmniej powinno. Nie krzywdzili się nawzajem. Nie sprawiali sobie bólu.
Ale kochali za mocno. ZBYT MOCNO.

anoche yo senti que me besaste diferente
y me quede sin saber que hacer

Każdy dzień spędzony z dala od niej był dla niego udręką. Ale wiedział, że nie mogą być razem. Że nie są sobie pisani. Że przeszłość jest nieistotna, a oni muszą żyć przyszłością, która jest najważniejsza. Nie chciał myśleć o tym, że spędzi z nią cały przyszły rok – w prawdzie z nią, ale jednocześnie i bez niej. Myśl, że nie będzie mógł do niej podejść, przytulić jej, złożyć pocałunku na jej bladych ustach, była okropna.
To tak strasznie bolało.
Ktoś kiedyś powiedział, że miłość to pojęcie nigdy niezdefiniowane. I wiesz co? Miał rację. Miał tą cholerną rację i chyba stwierdził to na ich przykładzie. Bo kochali się. Kochali się, choć nie mieli prawa być RAZEM.
Już szczerze wolał, aby ona do niego niczego nie czuła. Żeby chociaż wiedział, że to niespełniona miłość, która spotyka co drugą osobę. Ale tak nie było. Bo ona go KOCHAŁA.
A on kochał ją.
Choć to nie miało sensu.

yo te conozco y se que algo no anda bien
ven dime la verdad no quiero imaginar
que fue el beso del final

Siedziała na twardej kanapie w salonie, wpatrzona w telewizor w którym akurat leciał finał jej ulubionego programu, pożerając przy okazji całą miskę czipsów i tabliczkę czekolady. Nie chciała nawet myśleć ile to wszystko razem – nie licząc dwulitrowej coli – miało kalorii. Tak, powinna dbać o figurę. Ale w tym momencie miała to gdzieś.
Ktoś zapukał do drzwi. Podniosła się leniwie z sofy i szurając nogami wyszła na przedpokój. Otworzyła.
Stała przed NIM nieuczesana, z włosami sterczącymi na wszystkie strony, nieumalowana – bo w soboty wieczorem zazwyczaj nie miała takiej potrzeby – w szarym dresie poplamionym lodami, które wcześniej zjadła i ze źle zawiniętym bandażem na dłoni, który był dowodem na to, jak doskonale potrafi pokroić zwykły chleb.
- Facu – stwierdziła, mierząc go wzrokiem od góry do dołu. – Co tu robisz?
- Chciałem porozmawiać. Co, przyszedłem nie w porę?
- Sobota od osiemnastej w dół to zawsze pora dla mnie nieodpowiednia, ale wejdź. – Odsunęła się z wejścia.
Przekroczył – jakby z wahaniem – próg i za jej znakiem przeszedł do salonu. Szybko zabrała z fotela swoje ciuchy i rzuciła je na ziemię, po czym kazała mu usiąść, a sama usadowiła się z powrotem na sofie. – Coś konkretnego?
Przeniósł wzrok na nią. – Nie sądzisz, że powinniśmy jeszcze raz omówić to wszystko?
- Sądziłam, że nasz temat to temat skończony – mruknęła podciągając kolana pod piersi.
Westchnął i nie odpowiedział. Wpatrzył się w podłogę, jakby okruszki chrupek na niej leżące były czymś niesamowicie fascynującym.
- Przecież wiesz, że to nie ma sensu – dodała po chwili, tak cicho, że prawie nie było jej słychać.
Podniósł głowę. – Wiem.
- Więc po co to wszystko?
Wzruszył ramionami. – Bo nie wmówisz mi, że nic do mnie nie czujesz.
- Nigdy tak nie mówiłam – zaprzeczyła.
- To dlaczego nie możemy być razem? – zapytał.
Odgarnęła włosy z twarzy.
- Bo nie jesteśmy dla siebie. Nie pasujemy do siebie.
- Alba, słyszysz ty siebie? – prychnął. – Jak po tym wszystkim możesz tak mówić? Przecież to, co przeżyliśmy, było… było…
- Nieistotne – przerwała mu. – Facu, ja nie podjęłam tej decyzji sama. Oboje stwierdziliśmy, że to się nie uda.
- To były słowa wypowiedziane w porywie emocji, to nie była prawda. Nie wyobrażasz sobie, jak tego żałuję.
Przymknęła oczy.
Miała ochotę wstać z sofy, podbiec do niego, przytulić go i powiedzieć jak bardzo go kocha. Ale nie mogła. Oczywiście, że NIE MOGŁA.
Wstała.
- Nie będziemy tak rozmawiać. Wyjdź stąd.
Za jej przykładem, podniósł się.
- Nie rozumiem cię. Myślałem, że ci zależy.
- Nie będziemy tak rozmawiać – powtórzyła. – Nie chcę ciągnąć tego tematu.
- Ale powinnaś – zaprotestował. – Oszukujemy siebie samych, przecież dobrze o tym wiesz.
Westchnęła.
- Przestań już, to wszystko jest nieważne. Zapomniałeś, jak mieliśmy się traktować? Mieliśmy udawać, że się nie zauważamy. Mieliśmy się ignorować. Miało być tak, jakby nic nigdy się nie wydarzyło. Dlaczego to wszystko psujesz?
Zaśmiał się gorzko. – Ja psuję? Psuję tym, że chcę wszystko naprawić?    
- Tak, właśnie o tym mówię. Czego w tym nie rozumiesz?
- Wszystkiego. Ja zawsze starałem się zrobić wszystko, żeby było jak najlepiej. To TY miałaś nasze sprawy gdzieś, Navarro.
Milczała przez chwilę. – Zaczynasz mówić do mnie po nazwisku. Już ci nie zależy?
Zbliżył się do niej.
- Wiesz co? Zależy mi. Ale zależy mi na mojej Albie. A jej już nie ma. Zamiast tego jesteś ty. I już nie mam pojęcia, co o tobie myśleć.
- To nie myśl nic! – Podniosła głos. – Skoro już ci najwyraźniej przeszło, to po co zaprzątać sobie głowę kimś tak bezwartościowym jak ja?
- Myślisz, że tymi słowami wzbudzisz we mnie jakiekolwiek poczucie winy? Mylisz się. Bo ja nie czuję się winny. Zawsze się starałem. ZAWSZE.  Ale ty nie zauważałaś połowy tego, co dla ciebie robiłem, ile dla ciebie poświęcałem.
Zaśmiała się.
- Więc mówisz mi, że to moja wina?
- Tak, to właśnie powiedziałem.
- A racji nie masz ani trochę. Możesz sobie gadać, ale prawda jest taka, że widziałam jak się starasz… choć właściwie nie miałam na co patrzeć, bo to było minimum jakiego wymaga związek. Podaj mi chociaż jeden przykład z tak wielu twoich niesamowitych poświęceń. No słucham cię.
Prychnął.
- Nie muszę podawać ci przykładów. Ty sama doskonale powinnaś to wiedzieć.
- Ale nie wiem. Bardzo mi przykro.
- Widocznie jesteś zbyt głupia, by to zrozumieć.
Zmrużyła oczy. – Nie mów tak o mnie.
- Bo co? Ty nie liczysz się ze mną, a ja mam liczyć się z tobą?
- Przyszedłeś tutaj żeby się wykłócać, choć i tak dobrze wiesz, że ja mam rację? W takim razie możesz już wyjść.
- Przyszedłem tutaj, żeby się pogodzić, ale z tobą nie da się rozmawiać! – Podniósł znacznie głos. – Jesteś głucha na wszystkie słowa. Nie jesteś pępkiem świata dziewczyno! Nie jesteś najważniejsza, pogódź się z tym.
- A ty nie jesteś żadnym pieprzonym królewiczem, któremu wszystkie dziewczyny rzucają się do stóp przepraszając i błagając o przebaczenie! Uważasz się za nie wiadomo kogo!
- Ale przynajmniej się staram i nigdy nie zrobiłem niczego, czego miałbym teraz żałować.
- Nie zrobiłeś? – zaśmiała się. – A przez kogo to wszystko? Przez kogo teraz się tak kłócimy?
- Przez ciebie! Bo nie potrafisz zrozumieć, że nie wszystko kręci się wokół ciebie. I nic do ciebie nie dociera!
Ruszył w kierunku drzwi.
- I po co tutaj w ogóle przyszedłeś? Jeżeli myślisz, że wskórasz cokolwiek, to jesteś w wielkim błędzie!
- Sam nie wiem. Ale to nie zmienia faktu, że to wszystko twoja wina! – Otworzył drzwi. – Starałem się, ale nie będę wiecznie za tobą latał.
- I nie lataj! – krzyknęła. – Wcale cię nie potrzebuję! Nigdy cię nie potrzebowałam!
Odwrócił się w jej stronę.
- Szkoda, że mówisz to tak późno. Może wtedy nie fatygowałbym się na drugi koniec miasta praktycznie każdej nocy, kiedy zatęskniło ci się za domem. Może nie siedziałbym przy tobie po kilka godzin i nie mówił tego wszystkiego, co mówiłem. Może nie robiłbym nic. Może nawet bym się w tobie nie zakochał.
Czuła jak w jej oczach zbierają się łzy. Ale nie mogła się rozkleić. Nie teraz, Nie przy nim.
- Jesteś najgorszą osobą, jaką w życiu poznałam – zarzuciła mu. – Idź stąd. Wynoś się!
Odwrócił się i odszedł, nawet na nią nie spoglądając.
Dopiero kiedy zniknął za rogiem, coś w niej pękło. Wybuchła głośnym płaczem.
Ktoś do niej podszedł.
- Chodź do mnie. – Poznała głos Lodoviki, która mieszkała naprzeciw niej. – Nie będziesz teraz sama. Zostaniesz u mnie. No chodź. – Wytarła jej łzy z policzków i objęła ją ramieniem. – Wszystko będzie dobrze, nie płacz. Samu, zamknij jej mieszkanie i przynieś mi klucze. Dzięki. Choć, Alba. Już spokojnie.
Zaprowadziła ją do swojego mieszkania. Posadziła na kanapie i przykryła ją kocem, a sama usiadła obok.
- Dlaczego ja? – wyjąkała, przełykając łzy.
Patrzyła na nią przez moment. Ale nie wiedziała co powiedzieć. Zamiast tego przyciągnęła ją do siebie i przycisnęła do swojego ramienia, pozwalając, by jej najlepsza przyjaciółka moczyła łzami jej nową koszulkę.
- Jestem przy tobie – odezwała się w końcu. – Wszystko się ułoży, zobaczysz. Musicie dać sobie trochę czasu.
- Nnie… ja… jja… nnie, ja…
- Cichutko, Albitka. Żaden chłopak nie jest godny twoich łez. Uwierz mi, nie warto wypłakiwać sobie oczu z jego powodu. Już, uspokój się.
Miała przyjaciółkę. Osobę, której mogła powiedzieć WSZYSTKO. Która zawsze potrafiła ją wysłuchać. Która nigdy niczego nie udawała.
Ale potrzebowała JEGO.
Choć nie mogła się do tego przyznać.

no se por que ha cambiado tu actitud
ojala que todo sea un error

NIKT NIGDY NIE ZROZUMIE, JAK BARDZO GO KOCHA. NIKT NIE DOWIE SIĘ CO CZUJE, MUSZĄC SPĘDZAĆ CZAS BEZ NIEGO I OSZUKIWAĆ SAMĄ SIEBIE, ŻE WCALE GO NIE POTRZEBUJE.

Dzieliło ich tylko kilka centymetrów. Ich usta były tak blisko… Ich oczy się przyciągały, WOŁAŁY do siebie, ale to nic nie dało. Już prawie mieli połączyć się w pocałunku. Brakowało już tak niewiele.
Odsunęła się w ostatnim momencie.
- Cięcie. – Ciszę przerwał głos reżysera. – Alba, co się z tobą dzieje? – Podszedł do niej zdenerwowany. – Przypominam, że nie jesteście jedynymi, którzy dzisiaj mają coś zagrać, więc, z łaski swojej, zrób to jak należy.
Spojrzała na niego i chciała coś odpowiedzieć. Ale otworzyła tylko usta, a z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk. Nie miała na to siły. Zamiast tego tylko odwróciła się i odbiegła, nie zważając na wołania jego, jak i reszty aktorów.
- Pokłóciliśmy się. Delikatnie mówiąc – mruknął Facundo, pocierając ze zdenerwowaniem czoło.
- Bądźcie tak mili, i oddzielajcie życie prywatne od zawodowego, co? Candelaria, Martina, Lodovica, przed kamery! Kręcimy scenę w domu Violetty, pośpieszcie się, nie mamy całego dnia!
Wiesz, że chciał za nią iść? Chciał ją przytulić i powiedzieć, że to, co w ostatnim czasie się między nimi działo, jest nieważne, i że mogą zacząć zupełnie od nowa.
Ale nie mógł.
Bo to chyba zbyt bardzo bolało.

no quiero comprobar que te perdi
ni que nuestro amor se acabe

- Miłość jest głupia – stwierdził wyrzucając niedopałek papierosa przez okno.
- Ty jesteś głupi.
- Dzięki. Od razu mi lepiej.
- Ma nie być ci lepiej. Masz czuć się tak, jakbyś właśnie popełnił największy błąd w swoim życiu. Masz sobie wyrzucać, że zaprzepaściłeś to wszystko, nawet jeśli to nie była tylko twoja wina. Masz uważać siebie za największego debila na świecie, który nie robi nic, żeby odzyskać dziewczynę, którą kocha całym sercem, i która kocha jego. Masz żałować każdego złego słowa jakie do niej i o niej wypowiedziałeś. Masz zachodzić w głowę co możesz zrobić, żeby ci wybaczyła. Masz pamiętać o tym, że bez niej jesteś nikim i nic nie znaczysz, bo tylko ona nadaje twojemu życiu sens.
- Robię to każdego dnia.
- A jakoś nie widać efektów. Bo nadal jesteś idiotą, który myśli, że wszystko samo się zrobi. A tak nie będzie. Jak się nie ogarniesz i nie ruszysz tyłka sprzed tego telewizora, to nic się nie zmieni, a ty już do końca będziesz żył ze świadomością, że nie zrobiłeś wszystkiego co tylko mogłeś, żeby ona do ciebie wróciła.

„jestem największym debilem na świecie” wyrzuca z siebie
„wiem” odpowiada
„ale cię kocham”
„ostatnio brzmiało to trochę inaczej”
„bo byłem głupi”
„nadal jesteś” przypomina mu
„wiem. ale cię kocham” powtarza
„mam wielkie prawo ci nie wybaczyć”
„no masz. ale przemyśl to”
milczy przez chwilę
„ale nie chcę być z tobą”
„nie wierzysz w to co mówisz”
„masz rację. ale to nie ma sensu”
śmieje się, jednak smutno
„w to też nie wierzysz”
„zbyt dobrze mnie znasz”
„wiem. i zbyt bardzo cię kocham”
„nie wpadłeś na to sam”
„ktoś mi w tym pomógł”
„muszę mu podziękować”
„co to znaczy?”
znów milczy
„sama nie wiem”
„tak czy nie?” pyta
dziwi się
„co: tak czy nie?”
„nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi”
„mogę nie wiedzieć. ostatnio powiedziałeś, że jestem głupia”
„wiesz, że tak nie myślę”
„ty w ogóle nie myślisz” zarzuca mu
„tylko o tobie”
„twierdziłeś, że jest inaczej”
„przestań. tak czy nie?”
milczy kolejny raz już
„niech będzie”
„co: niech będzie?”
„tak”
„tak?”
„przecież mówię”
„kocham cię”
„wiem”
„nie odpowiesz, że ty mnie też?”
„musisz odpokutować”
„dla ciebie wszystko” już się zmienia
„słyszałam już to. a później znów mówiłeś co innego”
„to już nieważne. byłem głupi”
„nadal jesteś” znów powtarza
„z miłości do ciebie”
„nie wiem czy to dobrze”
„jasne, że tak”
„nie zrób już nic głupiego”
„nie zrobię” obiecuje
„mam nadzieję”
„nadzieja…”
przerywa mu
„nie waż się nawet”
„przepraszam. kocham cię”
„ja ciebie też”
„już odpokutowałem?” dziwi się
„jeszcze nie. jestem po prostu dobra”
„najlepsza”
„wiem”
„kocham cię”
„mówiłeś”
„wiem”
„skończmy już”
uśmiecha się
„dla ciebie wszystko”

oigo una voz que se onde en mi
que me vuelve a repetir
lo que no quiero oir

- Jesteście razem? – spytała Cande, podchodząc do nich.
- Nie. Osobno. Nadal się nienawidzimy. Prawda, skarbie?
- On ma rację, Cande. Jesteśmy największymi wrogami.
- Powoli przestaję was rozumieć.
- Ich się NIE DA zrozumieć – odezwał się Jorge, idąc w ich kierunku. – Po prostu się nie da.
- Już się przymknij, idioto.
- Ja się bardzo cieszę, że znów jesteście razem. Wasza kłótnia była dołująca. No ale wiecie, każdy związek…
Już nie wysłuchał go do końca, ale chwycił ją za rękę i odciągnął na bok, z dala od natarczywych spojrzeń swoich przyjaciół.
- Wiesz, że cię kocham? – spytał, już kolejny raz.
Uśmiechnęła się i dotknęła jego policzka. – Wiem. Też cię kocham. Ale… - zamilkła na chwilę, nastawiając uszu – reżyser nie sądzi tak samo. Musimy już iść. – Pociągnęła go za rękę. – Chodź.
- Nie chce mi się tam iść – mruknął.
- Mi też. Ale musimy. No chodź no.
Z jękiem dał się jej zaciągnąć przed kamerę.
Ale, tak naprawdę, mógł za nią iść wszędzie. Bo kochał ją najbardziej na świecie.
Już na zawsze.

hoy insegura estoy
el estar sin ti, se que me hara sufrir

Bo miłość, która jest MIMO WSZYSTKO, jest miłością najpiękniejszą.
Wiedziałeś o tym?
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Serdecznie Gratuluję zwycięzcom! Skontaktuje się z wami po adresy :)
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wyróżnienie 1 Ewa Kasak!( ewakasak2@wp.pl )

                   Otwieram pamiętnik na znak nowej drogi w moim życiu, pragnę aby każdy dzień był wyjątkowy, kiedyś pewnie odłożę pamiętnik na szafkę, czy będzie to koniec mojej historii? Te pytanie będę zadawać sobie codziennie.
      „ Każdy mój dzień zaczyna i kończy sie tym samym, nad rozmyślaniem o moim życiu.  Od kilku ładnych lat żyje w niepewności, Facu mnie kocha czy tylko darzy wieloletnią przyjaźnią. Moim zdaniem to nie jest przyjaźń to jest coś więcej.  Spędzamy razem dużo czasu mianowicie chodzimy do kina, na wieczorne spacery, wspólne posiłki, wyjazdy. Dla wielu z was  wyda się że to nic nadzwyczajnego, po prostu przyjaciele, jednak żeby to zrozumieć trzeba znaleźć się  naszej sytuacji. Gdy spędzamy razem czas między nami panuje coś niezwykłego, jakby nie widoczna nić nad naszymi ciałami łączyła nas w jedność. Rozumiemy się bez słów, czasami nasze stosunki względem siebie są zbyt bliskie, powinniśmy przystopować, jednak czy tego chcemy? Ja osobiście tego nie chcę, jeszcze do niedawna oszukiwałam samą siebie i wierzyłam że to tylko przyjaźń, jednak jedna bliska mi osoba uświadomiła że jest to cos więcej. Uczucie które rodziło się od początku naszej znajomości. Z moich rozmyśleń wyrywa mnie głos Facu
- Alba chodź zatańczyć grają ekstra nutkę- chłopak chwyta mnie za rękę i porywa na parkiet.
Po kilku minutach szalonego tańca wracamy do naszego stolika. Popijamy drinki, śmiejemy się i wspominamy nasze ostatnie wakacje. Nie miałam dziś zbyt dużej ochoty na alkohol wiec wypiłam tylko 2 drinki, jednak Faku  pił jeden za drugim.
- Alba kocham cię!- przekrzykując głośną klubową muzykę powiedział te słowa
- Co?- pytam z niedowierzaniem
-Kocham cię- ponownie krzyczy
- Jesteś kompletnie pijany, nie wiesz co mówisz.
- Może i jestem pijany ale wiem co mówię.
- Jesteśmy tylko przyjaciółmi- mówię patrząc na niego
- Ty tak uważasz, nie wiem jak ty ale ja idę na parkiet dobrze się bawić- mówi i ginie w tłumie ludzi.
Po dziwnym wyznaniu Faku zbieram swoje rzeczy i wychodzę na świeże powietrze. Po drodze do domu wstępuje do parku siadam na najbliższej ławce i rozmyślam. Wiele razy słyszałam słowa „ Słowa pijanych to myśli trzeźwych”, jednak czy w jego przypadku też tak jest? Może chodziło mu że kocha mnie po przyjacielsku. Zastanawiając się dalej idę w kierunku mojego mieszkania.

Następnego dnia budzi mnie pukanie do drzwi, wstaje narzucam szlafrok i idę do drzwi. Przez szkiełko zauważam Faku z ogromnym bukietem kwiatów i czekoladkami. Pierwsze co przychodzi mi do głowy to jest to że Faku chce potwierdzić swoje wczorajsze słowa. Jednak jeszcze wtedy nie wiem jak bardzo się rozczaruje.
- Cześć- mówię trochę zakłopotanym głosem
- Cześć, musimy porozmawiać o tym co było wczoraj- daje mi kwiaty i czekoladki i wchodzi do środka.
- Alba… jak wiesz trochę wczoraj wypiłem, nie chciałem cię zranić ale to co wczoraj powiedziałem nie jest prawdą.
- Nie rozumiem…
- Chodzi o to że owszem kocham cię ale po przyjacielsku. Wiem że wczoraj mogło zabrzmieć to trochę dwuznacznie ale myślę że rozumiesz już- mówi i wstaje
- Tak rozumiem, jednak życie nie jest takie pięknie jak się wydaję.
- Stało się coś?
- Czy stało się coś? Nie mów że nie zauważyłeś…- mowie podchodząc do okna
- Co miałem zauważyć?- pyta poprawiając marynarkę
- Może to że ja naprawdę cię kocham? Przez tyle lat byliśmy przyjaciółmi, wiele razy się  kłóciliśmy. Ufaliśmy sobie jak nikomu innemu zawsze mogliśmy na sobie polegać. Ostatnio zrozumiałam że dla mnie to nie jest przyjaźń, nie mów że też niczego nie poczułeś. Kiedy wczoraj powiedziałeś że mnie kochasz myślałam ze możemy na prawdę stworzyć szczęśliwy związek.- czuje ulgę że mogłam w końcu mu to powiedzieć
- Alba ja nie wiedziałem że darzysz mnie taki uczuciem, przepraszam za wczoraj.
- A ty nie czujesz że miedzy nami jest cos magicznego?
- Nie, nie czuje, przepraszam ale musze już iść- zabiera kurtkę i kieruje się w stronę drzwi
- Czemu unikasz tego tematu? Nie chcesz się przyznać do uczuć?
- Powiedziałem ci, że nic do Ciebie nie czuje. Jak chcesz wpadnę wieczorem i dokończymy ta rozmowę a teraz przepraszam ale musze już iść. Cześć- mówi i wychodzi
Siadam na kanapie i myślę nad tym czy dobrze zrobiłam że powiedziałam mu o tym co czuje do niego. Co jeśli on na prawdę nic do mnie nie czuje? Może to ja wmawiałam sobie że może coś między nami jest?
Biorę gorąco kąpiel i nadal w głowie mam tylko Faku. Postanowiłam sobie dziś zrobić dzień leniucha. Oglądnę kilka komedii romantycznych i jeszcze bardziej zdołuję siebie. Nie nastawiam się na to że Faku wieczorem wyzna mi swoje uczucia. Pewnie nadal będzie twierdził ze nic do mnie nie czuje.

Jest wieczór siedzę na kanapie i czekam na mojego „przyjaciela” . Nie szykowałam się jakoś specjalnie na tę spotkanie, pewnie nie wydarzy się nic co mogłoby mnie zaskoczyć. Siedzę zapatrzona w telewizor i słyszę dzwonek do moich drzwi, nie pewnie wstaje i kieruje się do drzwi.
- Cześć Alba- w jego głosie czuje nutkę nie pewności
- Cześć, proszę wejdź- mowie i zamykam za nim drzwi
- Wiesz nie musimy kończyć tego tematu z rana- mówię siadając na kanapie
- Musimy, po twoich słowach przemyślałem sobie wszystko.
- Co dokładnie jeżeli mogę zapytać?
- Masz racje od dawna się przyjaźnimy, kłócimy się ale SA tez chwile dobre. Nasza historia na pewnym stopniu się skończyła…
- Jak to skończyła?
- Posłuchaj pewnie tak samo jak ty oszukiwałem się że jest to tylko przyjaźń. Było tak bo nie dopuszczałem do siebie myśli ze może być miedzy nami coś więcej, ale teraz już coś zrozumiałem.- mówi podchodząc do mnie
- Co zrozumiałeś?- pytam patrząc mu w oczy
- Możemy iść na kolacje?
- Proponujesz mi randkę?- pytam z niedowierzaniem
- Tak, proponuje ci w tej chwili randkę, ale tez chciałbym zacząć nowy stopień w naszym życiu. Chciałbym abyśmy zaczęli się spotykać nie jako przyjaciele ale jako para – rzucam się mu na szyje i lecę do sypialni aby się przebrać a potem ruszamy na kolacje.
Po słowach Faku wierze że w życiu może zdarzyć się wszystko. W niepełne kilka minut zdobyłam swoją miłość życia. Jest to jeden z najszczęśliwszych dni. „
Dziś sięgam po pamiętnik na szafkę. Nie pamiętam kiedy go zamknęłam ale wiem że nasza historia się nie skończyła. Wspominam nasze dobre i złe chwile, jednak wiem że teraz też będziemy pokonywać przeszkody. Jednak zrobimy to razem a nie osobno. Jestem szczęśliwa że w tej chwili mam kochającego męża i 2 dwójkę cudnych dzieci. Cieszę się że w tamtej chwili odważyłam się na szczera rozmowę, dzięki temu oboje zrozumieliśmy że zostaliśmy stworzeni aby żyć razem a nie osobno.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wyróżnienie 2 Karolina Kumor! (karola.karolka.karolcia@gmail.com )
 ''Czy to prawdziwa miłość?''

        Zachód Słońca w Buenos Aires jest naprawdę godny podziwu. Całe miasto skąpane jest wtedy w słonecznym blasku, który mieni się wieloma kolorami. Co jest trochę dziwne i zabawne...Drzewa wydają się pomarańczowe, ławki żółte, dachy domów czerwone, a drogi brązowe...
          Tego wieczoru małego, dziesięcioletniego chłopca, który szedł sobie spokojnie ulicą, maszerując dzielnie kilka kilometrów do swojej ukochanej kuzynki Słońce oświetliło na kolor różowy ukazując przez to miłą, zamyśloną, pyzatą buzią. Brązowe, ścięto równe włoski i piwne oczęta. Na pierwszy rzut oka przeciętny, zwyczajny chłopak nieróżniący się niczym od swoich rówieśników. Tak naprawdę nie był to jednak chłopak pospolity...Zawsze dużo myślał i zawsze dochodził do dziwacznych wniosków. Wszystkich to dziwiło, nie rozumieli go, jedynie jego dziadek również Carlos (wnuk otrzymał imię po dziadku) cieszył się z tego. Uważał, że to dobrze, że Carlos rośnie na filozofa. Mieć filozofa w rodzinie, o to naprawdę coś!-myślał sobie. Kolejny wnuk, z którego mogę być dumny! Kolejny? A tak! Dziadek Carlos był dumny ze swojej wnuczki-Candelarii. Bardzo cieszył się z jej sukcesu, z tego, że spełniło się jej marzenie. Czuł się dumny również dlatego, że to on, trzeba przyznać przyczynił się do rozwoju jej kariery. Zawsze ją wspierał, pocieszał, a jakby tego jeszcze było mało opłacał lekcje śpiewu, gry na pianinie, a także innych instrumentach.

​           Candelaria siedziała we wnętrzu swojego pokoiku. Tymczasem zabałaganionego. Właściwie...tymczasem? On zawsze był zabałaganiony. Wszędzie walały się ubrania, od prześlicznych sukienek do starych (ale czystych co prawda) skarpetek. W tym gąszczu odnaleźć można było również gumki, wsuwki, kosmetyki, perfumy, trampki, teksty piosenek, wszystko! Candelaria się pakowała. Na wakacje! Wakacje na Wyspach Kanaryjskich! Cande nie mogła się doczekać, sięgnęła jeszcze raz po list producenta Violetty:

Dzień Dobry Cande! Wszyscy wiemy, jak z całą ekipą pracowałaś w pocie czoła przy produkcji Violetty. Violetta. To słowo zawiera wszystko, wszystkie Wasze osiągnięcia. Tyle udało się Wam osiągnąć dzięki Waszemu ogromnemu talentowi, ale i dzięki Waszej pracy. Mozolnej pracy. To dzięki Waszej cierpliwości, wyrozumiałości. Godziny spędzone na próbach, śpiew, taniec, pot, radość i smutek, uśmiech i łzy. Za wszystko chciałbym Wam gorąco pogratulować i podziękować. Robię to teraz pisząc ten list, ale także chciałbym podziękować Wam...tygodniem na Wyspach Kanaryjskich! Myślę, że wycieczka będzie udana. Jesteście wspaniali, pamiętajcie o tym! (Szczegóły wakacji omówimy telefonicznie).
Tomas Goldschmit

Tak, list jest najprawdziwszy! I najlepszy! Najlepszy jaki kiedykolwiek dostałam! Nie mogę się doczekać wakacje z całą ekipą: Tini, Lodo, Alba, Facu, Mercedes, Jorge, Nicolas no i Rugerro, mój ukochany Rugerro!-myślała Cande.
Wtem na progu drzwi ukazał się Carlos:
-Cześć!-rzucił.
Cande popatrzała na niego zirytowanym wzrokiem.
-To znowu ty?-spytała. 
-Tak-odpowiedział w ogóle nie zrażony ironią Cande Carlos i dodał:
-Przyszedłem do ciebie, bo się pakujesz, a ja jestem Twoim doradcą.
-Co?!-wykrzyknęła ''niby'' zdziwiona Cande. ''Niby'', ponieważ wcale nie była zdziwiona, Carlos zawsze przychodził jej ''doradzać''. Było to męczące, Carlos wszędzie! Nagrywanie pierwszego odcinka Violetty, kto towarzyszył Cande? Carlos! Pakowanie się na wycieczkę szkolną, kto towarzyszył? Carlos! Było to strasznie uciążliwe, Carlos zabierał się z nią tam gdzie tylko mógł, doradzał jej we wszystkim.  Przypominał jej w pewnym sensie Nicolasa, kiedy spełniał rolę adwokata miłości. Ale ''co'' jak uważała powinna krzyknąć, chociażby z przyzwyczajenia...
-Gdzie wyjeżdżasz?-spytał kuzyn.
-Crecimos juntos habia todo por hacer.....-zaczęła śpiewać cichutko Cande próbując zagłuszyć Carlosa. Była to też forma ignorancji. 
-Mówiłaś mi to ostatnio, ale moje myśli biegły wtedy innym torem?  To gdzie wyjeżdżasz?-nie dawał za wygraną dzieciak. 
-Y caminamos, habia...
-Ach, dobra, no dobra! Nie będę Cię więcej zagłuszać, to na nic! Jestem pewna, że chociażbyś powtórzył to pytanie 1000 razy to i tak pozostałbyś niewzruszony! 
-Na wyspy Kanaryjskie! 
-Już jutro będę z moim przyjaciółmi na plaży Puerto Del Carmen, na Wyspach Kanaryjskich. Coś czuję, że będzie to jeden z najlepszych tygodni w moim życiu! -zdecydowała się w końcu odpowiedzieć Candelaria.
-Ja mam odmienne zdanie na ten temat-wyraził swoją opinię chłopak.
-Tak jak na wszystko-odpowiedziała Candelaria i włożyła do walizki w połowie już zapełnionej T-shirt...w złym guście.
​ -Dlaczego pakujesz tą bluzką?-wykrzyknął zdumiony Carlos, a  w jego głowie pojawił się przed tygodniowy obraz: Cande dostaje od cioci Pelagii nie zbyt stylowy T-shirt (jak zawsze), chowie go na dnie szafy i mówi do Carlosa, że nigdy nie będzie go nosiła, a już szczególnie w obecności Ruggerro!
-Jeszcze kilka dni temu mówiłaś, że źle w niej wyglądasz i, że...-zaczął dzieciak.
-Carlos!!!-przerwała dzieciakowi Cande
-Ja tylko mówię i wiem też, że ty mówiłaś, że źle w tym wyglą...
-A mnie nie obchodzi Twoja opinia! Jestem pewna, że wyglądam w niej na pewno okey, a nie chcąc się chwalić nawet...nawet... ładnie.
-Ale kilka dni temu mówiłaś mi, że....-zaczął Carlos po czym przerwał, popukał się w czoło małym paluszkiem(zawsze tak robił, gdy myślał) po czym wyrzekł:
-Aaaa, rozumiem. Rugerro tu przecież był wczoraj.
-A co to ma do rzeczy?! Hę?!
- Był tu. I powiedział Ci, że wyglądasz w niej prześlicznie i teraz, dlatego ją pakujesz. Rugerro przecież powiedział by Ci, że wyglądasz ślicznie nawet przebrana za Kubusia Puchatka!
-Carlos! Ja po prostu. No dobra, dobra. Tak to za sprawą Rugg, tego ślicznego, kochanego, uroczego, słodkiego, miłego, dobrego, zachwycającego...
Carlos westchnął będzie wymieniać jeszcze przez dobre pięć minut jak zawsze to robi.
.....przystojnego, jedynego w swoim rodzaju, pięknego, sympatycznego.....
-Dobra, dobra wiem!-wykrzyknął lekko zirytowany Carlos. I dodał:
-Jej, musiałaś się nieźle zakochać. Zazwyczaj jak ciocia Pelagia kupowała Ci coś co było okropne chowałaś to na dnie szafy, nawet jeśli Twoim chłopakiem był jak dobrze pamiętam, ten, ten, ten, em...coś na P, Pablo Colores!
-Carloooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooos!
-No co?! Pablo był naprawdę spoko gościem. A co do Twojej teraźniejszej miłości to ona nie jest prawdziwa...
-Co?! Dlaczego tak sądzisz?
-No nie wiem, oglądam filmiki Jorge... Widziałam, że Rugg nie chciał zjeść tej łyżeczki cebuli.


-Faktycznie. Ale to tylko, dlatego, że jej nie znosi. To prawdziwa miłość! A zresztą to, że nie zjadł tej cebuli o niczym nie świadczy! I co się wtrącasz dzieciaku jeden!-wykrzyknęła Cande.
-Gdyby była prawdziwa zjadłby to mimo wszystko. Jak dla mnie....-ciągnął rozmowę Carlos.
-Carlos, proszę Cię uprzejmie-przerwała zdenerwowana dziewczyna.
Ciężki, głęboki oddech Cande i...
-Wyyyyyyyjdź!-krzyk.
-No co ty-spokojnie odpowiedział dziesięciolatek. Ja przecież Ci ciągle doradzam, jak mógłbym Cię opuścić, gdy się pakujesz?!
-Drzwiami-z ironią odparła zdenerwowana Candelaria.
Dziewczyna włożyła do walizki niebieskie spodnie. Carlos powoli wyciągnął je i włożył z powrotem do półki. Cande tego nie zauważyła, zastanawiała się nad wyborem obudowy na telefon (obudowa z Rugerro na plaży czy w centrum handlowym to taki ciężki wybór, ze ho!).
-Gdzie są?!-spytała, gdy się zorientowała.
-Ale co?!
-Spodnie, które tu przed chwilą spakowałam!
-W półce- zgodnie z prawdą odparł Carlos.
-Ja je zabieram!-również zgodnie z prawdą odpowiedziała dziewczyna.
-Nie, no co ty. 
-Carlos, ty za mnie nie decydujesz! To moje ciuchy! Mogę nosić co tylko chcę, co mi się żywnie podoba! Każdy ma swój styl, gust. Nie krytykuj mojego Carlos! Noszę to co lubię, w czym mi wygodnie-odpowiedziała zadowolona z przemówienia Cande.
-Tak wiem, ale ja ci doradzam. I uważam, że nie powinnaś zabierać tych spodni.
-Powinnam, a właśnie, że powinnam! Nie mam do ciebie cierpliwości! Powtarzam: Gust to sprawa indywidualna! Podobają mi się te spodnie to je zabieram! To nie jest tak.....-
Dryń, dryń, dryń-zadzwonił telefon, Cande rozpoznała swój dzwonek. 
-Pewnie Rugerro dzwoni!-wykrzyknęła i poczęła szukać telefonu.
-Halo?-powiedziała, gdy wreszcie go znalazła, a następnie ustawiła głośnik.
-Cześć! Tutaj Lodo. Jak tam Cande, spakowana? Gotowa? Ja nie mogę się doczekać kiedy przyjedziecie. My już jesteśmy tu z Tomasem. I moi przyjaciele z Włoszech. Moja połówka zrobiła nam wszystkim fajny prezent, co nie?
-O cześć kochana! Nie jestem jeszcze spakowana, bo....
(Cande popatrzała na Carlosa), bo...
-Carlos?-szepnęła Lodovica, gdyż spodziewała się tego, że jest gościem Cande.
-Słyszałem!-wykrzyknął dziesięciolatek.
-Ups...-odpowiedziała Lodo.
-Kochana, ja też nie mogę się doczekać-ciągnęła dalej Cande.Tomas świetnie to wymyślił!
-Mam jeszcze pytanie: Rugg jest we Włoszech czy u ciebie w Argentynie?
-Był tu do przedwczoraj, no i właśnie przedwczoraj wyleciał do Włoch, ale na Wyspy przyjedziemy o tej samej godzinie.  Wszyscy przyjedziemy o tej samej godzinie. 
- Okey. Przyjaciółko, muszę już kończyć, idziemy z Tomasem do kina. Czekam. Buziaczki, kochana. Pa pa.
-Pa pa Loduś!
​           Nazajutrz wszyscy spotkali się na lotnisku już na Wyspach Kanaryjskich. Wszyscy dolecieli bez żadnych problemów. Na szczęście nikt nie zachorował, nikt niczego sobie nie złamał. Skład zaproszonych pozostał taki sam: Tini, Jorge, Mercedes, Rugerro, Alba, Facu, Nicolas. No i co oczywiste Cande. 
Rugerro i Cande zaczęli ze sobą rozmawiać:
-Och, Rugg! Witaj kochanie!
-Cześć, cześć.
-Coś ty taki rozmarzony? Zauroczony?-spytała Cande. Był wielki upał, Cande źle znosiła upały, jej nagrzana głowa myślała podczas nich trochę inaczej.
-Jestem bardzo zmęczony lotem, ale perspektywa wakacji tutaj z Tobą wynagradza wszystko!-odpowiedział Rugerro.
-O, jesteś przekochany!-odpowiedziała Cande.
-Chodźcie zakochani, chodźcie!-ponaglił ich Nicolas przez co przerwał także ich rozmowę.
​           Z pomocą tylko jednego telefonu do Lodo wszyscy doszli do hotelu, a potem zebrali się na plaży. Była piękna, naprawdę piękna. Sama jej nazwa była taka śliczna. Puerto Del Carmen. Na przeciwko roztaczała się piękna błękitna woda, było wiele egzotycznych palm, a w oddali było widać piękne molo, most jakby idealny dla zakochanych, czyli jej i Rugerro-myślała Cande.
-Nareszcie jesteście!-wybiegła na spotkanie Lodo i poczęła witać, przytulać wszystkich.
-Tak, jest tu ślicznie!-zachwyciła się Tini, po czym obróciła w kółku.
-I gorąco-dodał Jorge.
-Tak, na Wyspach Kanaryjskich takie temperatury i takie piękno jest na porządku dziennym-wtrąciła się ze śmiechem Lodo i przeszła do sedna sprawy, czyli do tego co chciała oznajmić swoim przyjaciołom:
-Postanowiliśmy z Tomasem, że zrobimy powitalną imprezę! 
-Jeeeeej!-dało się usłyszeć zadowolone wzdychania innych.
-Tematem przewodnim będą wakacje! Wasze stroje mają być po prostu wakacyjne, no chyba, że hm...ktoś chce się przebrać za palmę?
Wszyscy wybuchli śmiechem.
-Dyskoteka zaczyna się o 20:00, obok restauracji ''Corazon'' na plaży! A teraz nacieszcie się plażą Puerto Del Carmen!
​           Po tych słowach wszyscy się rozeszli w swoje strony. Cande i Rugg poszli na kręgle, a potem na basen. Cande uwielbiała basen, a szczególnie w upały. Upały sprawiały, że myślała trochę inaczej. Po wielu przepłynięciach basenu, śmiechu i radości zakochani wrócili do hotelu, a potem zaczęli się przygotowywać do dyskoteki. Candelaria ubrała piękną, białą sukienkę w kolorowe motylki. Włosy rozpuściła i zrobiła delikatny makijaż. Wyglądała naprawdę uroczo! Rugerro przywdział T-shirt z napisem ''El duo'' i dżinsy do kolan. Poczesał z leksza swoją czuprynkę i był gotowy! Poszli razem. Na dyskotece było wiele osób, ponieważ Lodovica zaprosiła jeszcze swoją przyjaciółkę i przyjaciela z Włoszech. 

​ DJ zaczął nadawać muzykę. Nikt nie stał pod ścianą jak kołek wszyscy momentalnie z pierwszą piosenką zaczęli się ruszać! Impreza rozpoczęła się na dobre, Cande z Rugerro świetnie się bawili. Po kilku tańcach Cande dopadło pragnienie, poszła więc się napić. Gdy wybiła szklankę wody odwróciła się i wmurowało ją momentalnie. Stała jak słup zupełnie oszołomiona. Czy ona dobrze widzi?! Rugerro tańczy z jakąś Włoszką! Oni się śmieją, czy mi  się wydaje? Z tyłu głowy nurtowało ją twierdzenia kuzyna: A co do Twojej teraźniejszej miłości to ona nie jest prawdziwa...Tak, upał, gorąco źle działało na Candelarię. Przecież od zawsze wiadomo, ze Carlos dochodzi do dziwnych wniosków, że taki z niego dziwny filozof, który wszystko widzi na opak. Uspokoiła się więc. Przecież każdy może tańczyć na dyskotece z kim chce! Czy to zabronione?! Nie! Złapała, więc Jorge za rękę i zaczeli się poruszać w rytm muzyki. Od czasu do czasu jednak spoglądała na Rugerro! Ona wcale nie wierzyła, że....po prostu patrzała co u niego. Nagle stało się coś okropnego. Nie, Rugg nie pocałował tej Włoszki (nazywała się ona Veronica), ani Cande Jorge. Lodo podskoczyła do góry i spadła niefortunnie wykrzywiając nogę, Lodovica złamała nogę! Tomas szybko zadzownił po pierwszą pomoc, wszyscy byli przerażeni, wyłączono muzykę i zaczęto uspokajać i pocieszać dziewczynę.
​ -Nie martw się. Wszystko będzie dobrze Lodo. Spokojnie, oddychaj-powiedziała Alba. Inni także próbowali poprawić humor Lodo zanim nadjechała karetka, Jorge jak zwykle powalał swoimi minami.
Wyniesiono Lodo na noszach, Tomas pojechał z karetką. Cała reszta rozeszła się do swoich hotelowych pokoi. Było im smutno z powodu Lodo. A Lodo domyślając się tego zadzwoniła do nich wszystkich wieczorem i powiedziała:
-Kochani, moja noga jak wykazał rentgen jest złamana. Będę musiała, więc wakacje przeleżeć w łóżku szpitalnym. A wy ich nie marnujcie! Wtedy było by mi przykro. Gdybyście z powodu mnie... Ach naprawdę korzystajcie z nich jak się da!
Wszyscy postąpili zgodnie z życzeniem Lodo, która była taka dobra i życzliwa.  Nazajutrz opalali się na plaży, a także pływali lub czytali książki w cieniu palm. Na wieczór zaplanowali mecz. Przed meczem jednak był czas wolny w swoich pokojach hotelowych. Cande zapukała do Rugerro chcąc ustalić godzinę, w której pójdą na mecz, ale go tam...nie było! Natomiast jego śmiech dobiegał z pokoju obok. Tam gdzie mieszkała Veronica. Cande zapukała, odchyliła drzwi i weszła. Rugg i Veronica strasznie się śmiali. Rugerro wydusił przez śmiech:
-Ty zawsze byłaś taka zabawna!
Cande zamurowało tak jak wczoraj. Co?! To oni znają się od wcześniej! Tego już było za wiele. Rugg i Veronica nawet jej nie zauważyli, śmiali się i śmiali. Cande czuła się jakby była zdradzana, zaczęła rozmyślać: Czy to aby na pewno prawdziwa miłość? Zatrzasnęła cichutko drzwi i wściekła zaczęła bić pięściami poduszkę w swoim pokoju. Taką zastał ją Rugerro.
-Jej, kochanie. Co się stało?-troskliwie zapytał.
-Odejdź zdrajco! Odejdź! 
-Co?! Canduś, czyś ty oszalała?! Upały na ciebie źle działają.
-Tak, wiem, ale przecież to co widziałam to nie wytwór mojej wyobraźni! Tak się śmiałeś z tą Veronicą, że nawet nie zauważyłeś jak weszłam do pokoju! Odejdź, idź! Nie kochasz mnie to precz! I zamknij drzwi.
Teraz natomiast wmurowało Rugerro. Ale Cande, no co ty?! Ja cię kocham! I to tak bardzo! Veronica to tylko...-zaczął.
-Tak, tylko?! Idź, nie wierzę Ci. Carlos miał rację! Spadaj! Candelaria wypchnęła Rugerro za drzwi. Popłakała trochę, przebrała się w sportowy strój i ruszyła na plażę. Zaczęło się tworzenie drużyn. Gdy przyszła na miejsce usłyszła głos Jorge, który zarządzał:
-Niech Alba i Facu będą w drużynie A, a Cande i Rugg w B. Okey?
-Nie!-z całych sił wrzasnęła Cande. Nie będę z nim!!!!
Wszyscy aż podskoczyli, głos Cande obijał się im w uszach, żaden z nich nikt nic nie powiedział, to była za delikatna sprawa by rozmawiać o tym co zaszło między Cande a Rugerro. Nastąpił podział grup. Cande nie była w drużynie z Rugg choć ten gorąco ją do tego namawiał. Upór to w końcu upór. 
Mecz wygrała drużyna Rugerro, w której była także Veronica. Włoszka przybiła piątke Rugerro, a serce Cande o mało nie wyleciało. Mecz przebiegł sprawnie oprócz kilka szczegółów: Cande uporczywie twierdziła, że Rugerro łamie przepisy. A to wychodzi za linię, a to źle odbija. 
Rugerro próbował rozmawiać z Candelarią, ale ta go nie słuchała. Wieczór, który miała spędzić z Rugg na molo spędziła z Tini.
-Jeśli mogłabym wiedzieć...-zaczęła delikatnie Martina, a Cande wiedząc o co chodzi zaczęła zaciekle szczebiotać:
-On mnie nie kocha. Jest tak jak mówił Carlos. To nie jest prawdziwa miłość.
-Dlaczego tak sądzisz Candelaria?
-Wczoraj na dyskotece tańczył z tą Veronicą. Ciągle się śmiali. Dzisiaj chciałam powiedzieć Rugerro, żebyśmy razem wybrali się na mecz, ale nie zastałam go w jego pokoju. Siedział w pokoju obok, w pokoju tej Vero coś tam. Co robili? Śmiali się! Weszłam tam a oni mnie nie zauważyli.Na dodatek dowiedziałam się, że ta dwójka zna się od dawna!
-Och Cande, a rozmawiałaś z Rugg?
-Nie, nie mam ochoty go słuchać! Nie chce słyszeć żadnych jego tłumaczeń!
-Cande....
-To nie jest prawdziwa miłość!
-A ja wiem, że jest-powiedziała stanowczo Tini. Wiem to. Naprawdę. Jesteście sobie przeznaczeni, pasujecie do siebie jak dwie krople wody. Nie wiem jak ci to udowodnić Cande...-zaczęła przemowę Tini, ale Cande przerwała:
-Właśnie! Tak! Właśnie! 
-Co?
-Udowodnić! Tak! Jeśli Rugerro naprawdę mnie kocha, jeśli to prawdziwa miłość to zrobi moją listę zadań! Udowodni mi to. Tak, idę już, zabieram się do jej przygotowania.
-Ależ Candelaria! To szalone! Wracaj tu natychmiast! Co ty masz zamiar zrobić?! Cande!-krzyczała Tini, ale szalonej dziewczyny już nie było. Wbiegła zdyszana do swojego pokoju. Rzuciła się na kartkę i długopis i zaczęła wymyślać. Jej mózg usilnie pracował. 

​ Kiedy już kartka była zapisana Candelaria opowiedziała przy wszystkich całą sprawę z Rugerro i jej chytry plan. Wszyscy byli zdziwieni, namawiali Cande by tego nie robiła. Rugerro był przerażony, dobrze wiedział, że pomysły Candelarii...próbował wytłumaczyć jej prawdę, ale Cande go nie słuchała. Nie słuchała też wszystkich, którzy mówili jej o Rugerro. Nie słuchała o tym, że to nieporozumienie. A wystarczyła jedna Lodo, ale ona leżała w łóżku, Tomas, ale on był przy niej i Włosi, ale oni zrobili sobie parodoniową wycieczkę....

          Rugerro wcale nie miał ochoty robić zadań Cande, choć nie znał ich treści. Ale wiedział, że musi to zrobić, bo może na zawsze stracić Cande, a nie chciał stracić prawdziwej miłości. 

Termin zadań był wyznaczony na dzień następny. Poranek tego dnia był piękny. Słonko prażyło, było bardzo, bardzo upalnie! Wszyscy zjedli śniadanie w milczeniu czekając na wydarzenia dzisiejszego dnia. Po tym towarzystwo ruszyło na plażę. Cande odczytała pierwsze zadanie. Wszyscy zaparli dech:
''Zjedz łyżkę różnych cebul. Łyżkę? Przepraszam dwie''.
W głowie słyszała Carlosa: Gdyby to jednak była prawdziwa miłość zjadłby mimo wszystko.
Wszyscy zamarli, a ogromne współczucie malowało się na ich twarzy. Rugerro nie cierpiał cebuli! A biedak miał zjeść dwie łyżki!
Rugerro czuł się jak człowiek skazany na ścięcie, zwłaszcza, że cała ekipa na niego patrzała oprócz oczywiście Włochów, którzy byli na wycieczce. Podszedł do przygotowanego przez Cande stolika bardzo mężnie. Chwycił łyżkę, zapachniało tym znienawidzonym przez niego zapachem, zemdliło go. (Biedny Rugg!) Ale mężnie wsadził ją do buzi i zaczął przeżuwać. Był cały czerwony chciało mu się wymiotować, ale połknął. Wszyscy pomijając Cande zaczęli bić brawo. Śmiałek zjadł także drugą łyżkę.
-Czy już teraz mu darujesz? Widzisz to prawdziwa miłość!-oznajmił Facu.
-Nie!-stanowczo zawołała Cande.
-Drugie zadanie!
Cande wyczytała:
-Wespnij się na palmę! I wykrzycz 10 razy ''Cande, Candelario to prawdziwa miłośc''
Było to zadanie o tyle trudno dla Rugerro, gdyż kiedy wspinał się na drzewa miał  lęk wysokości i bał się, że drzewo się pod nim załamie. Palma była taka krucha na pierwszy rzut oka! Biedak jednak pokonał wszystkie swoje lęki i wykonał to zadanie. Krzyczał, a ludzie na plaży krzyczeli na niego:
-Bądź już cicho!
Po tym zadaniu Rugerro zeszedł  z drzewa, głos mu trochę ochrypł. Wszyscy bili brawo, a ich współczucie tylko rosło.
-Trzecie zadanie!
-Przebierz się w strój dinozaura!
-Motyw z Violetty...-szepnął Facu.
-I zabawiaj dzieci na plaży!
         Rugerro przebrał się w ów strój, było bardzo gorąco! Dzieci garnęły do niego całą parą! A on śpiewał, tańczył, wszystko dla Cande. Został także obrzucony misiami i innymi zabawkami. Wszystko przebiegało sprawnie aż nagle jedna dziewczynka naskoczyła na niego krzycząc: Pan Dinozaur! Tym samym popchnęła go przypadkowo, Rugerro wpadł do wody. Nie wynurzał się! Cande jak oparzona wskoczyła do wody, Rugerro choć umiał pływać nie był w tym najlepszy. Wyłowiła biedaka. I... pocałowała.
-Zdałam sobie teraz z tego sprawę. Tak to prawdziwa miłość-szepnęła.

          Wieczorem tego samego dnia Cande i Rugerro siedzieli na molo. Zachodziło słońce. Było bardzo romantycznie. Wszystko było już wyjaśnione. Okazało się, że Veronica to kuzynka Rugerro, która jest także przyjaciółką Lodo! Cande czuła wielki wstyd, że była taka zazdrosna o Rugerro. Czuła wstyd, bo nie pozwoliła mu tego wyjaśnić. Lodo także nie mogła tego zrobić, leżała przecież w szpitalu.  Inni, czyli Tomas i Włosi również. Czuła wstyd, bo Rugerro musiał wykonywać te wszystkie głupie zadania. Czuła wstyd, że zaczęła wierzyć w słowa Carlosa (zadzwoniła do niego i straszliwie nakrzyczała, a dziecko nie wiedziało o co chodzi), który przecież wszystko widział na opak. Czuła wstyd, że poddała się upałowi.

​ -Przepraszam-szepnęła. Jak mogłabym wątpić, że to prawdziwa miłość?!! Dopiero, gdy wpadłeś do tej wody przejął mnie lodowaty dreszcz, i zrozumiałam...
-Pomyłki się zdarzają, kochanie-przerwał jej Rugerro.
-My jesteśmy całością. Dwie połówki, które są całością nie mogę żyć oddzielnie, choćby im się wydawało, że to nie jest prawdziwa miłość. My jesteśmy tymi połówkami, które się spotkały i w żaden sposób nie da się ich rozdzielić-powiedział chłopak.
-Och Rugerro. Juntos para siempre!
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wyróżnienie 3 Love Violetta Love! (katetinistaforever@gmail.com )

Byliśmy w Paryżu. Już nazajutrz wieczorem, mieliśmy zagrać koncert w tym magicznym mieście. Był wieczór, kiedy wysiedliśmy z samolotu. Gadałam sobie z Albą, z którą właściwie siedziałam w samolocie. Ona oczywiście cały lot przespała. Ja gadałam z Martiną i Mechi, które siedziały za nami. Ale przecież nie mam zamiaru mówić, o locie samolotem. Chodzi mi o przygodę, którą przeżyłam w Paryżu. Mówi się, że to miasto zakochanych.                                           Może dlatego to, co mi się przytrafiło, było trochę związane z tą nazwą. Jeszcze wtedy nie miałam chłopaka. Jechaliśmy autokarem. Alba jechała z Facu, więc ja postanowiłam usiąść sama i posłuchać sobie muzyki. Zauważyłam, że jeden z członków naszej ekipy – Ruggero, mi się przygląda. Do tego dnia, z Ruggero bardzo mało rozmawiałam. Chyba nawet najmniej z całej naszej obsady. Jedynym słowem, które z nim zamieniałam było „Cześć”, na początek dnia pracy. W sumie to ostatnio często mi się przyglądał. Później, chyba przestałam już o nim myśleć, bo zasnęłam. Obudziłam się w bardzo wielkiej ciszy, a właściwie nie sama. Obudził mnie właśnie Ruggero, który najwyraźniej również musiał zasnąć. Nikogo więcej w naszym autokarze nie było! Musieli wyjść, i nawet nie zauważyli, że nie poszliśmy z nimi. Była dopiero 5:00 rano. Koncert miał się zacząć o 19:00, więc było jeszcze bardzo dużo czasu. Okazało się, że o nas zapomnieli. Zostaliśmy zamknięci w autokarze. Uśmiechnął się do mnie.                          – Dziwne, że o nas zapomnieli, nie? – Spytał się Ruggero. Przytaknęłam. I nagle zaczęłam się śmiać. Po chwili do mnie dołączył. Śmialiśmy się, bo zamknęli nas w nagrzanym autokarze, a sami poszli do hotelu! I jeszcze o nas zapomnieli. „Może zrobili to specjalnie?” – przemknęło mi przez myśli. Nic nam nie pozostawało, jak rozmowa. Rozmawialiśmy głównie, o naszej ekipie, ulubionych scenach z serialu i muzyce. Teraz, Ruggero wydał mi się inny niż zwykle. Ładniejszy, zabawniejszy i lepszy. Musiało zlecieć  sporo czasu, bo zanim się obejrzałam pod drzwiami autokaru, stanęła Alba i kierowca. Widać było, ze strasznie się z nas śmiali, ale co mogliśmy na to poradzić? Otworzyli nam drzwi i wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Teraz mieliśmy czas na zwiedzanie tego wspaniałego miasta, lecz nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie spaprała. Tym razem nie skupiałam się zbytnio na Albie, ale na Ruggero. Rozmawialiśmy, przez cały spacer, robiliśmy zdjęcia i chyba nawet szliśmy za rękę. Jak to się mówi, miłość jest ślepa? Według mnie, miłość oślepia, bo zanim się zorientowałam razem z nim byliśmy nie wiadomo gdzie. Sami. Bez reszty ekipy. Tylko tego brakowało, żeby zgubić się gdzieś w środku Paryża. Przynajmniej nie byłam sama. Postanowiliśmy skorzystać z okazji, która może się nie powtórzyć, i zacząć zwiedzać to miasto. Spacerowaliśmy (tak za rękę), chyba dość długo. Doszliśmy do Pól Elizejskich. Kiedy byłam mała i jeździliśmy na wakacje, uwielbiałam chodzić tą ulicą. Opowiedziałam mu to. Poszliśmy więc, wzdłuż tej cudnej ulicy. Na wystawie, jednego z miliona sklepów, zobaczyłam cudowną sukienkę. Patrzyłam się na tą wystawę bardzo długo. Ruggero, chyba zauważył, to jak bardzo podoba mi się sukienka, bo pod pretekstem „Idę do toalety”, wszedł do sklepu. Wrócił po jakimś czasie, z torbą na ramieniu. Uśmiechnął się do mnie i wręczył mi torbę. Kiedy zajrzałam do środka, zobaczyłam sukienkę z wystawy!                                                                                                                                           - Przecież musiała kosztować fortunę! – krzyknęłam. Odpowiedział tylko tajemniczym uśmiechem. Ja natomiast odwdzięczyłam się uściskiem, ale myślę, że nie przyjacielskim. Poważniejszym. Następnie, podeszliśmy do czegoś w rodzaju „Toy toy’a”.                                                                                                   - Potraktuj to jako prezent. Ubierz ją. – powiedział. Weszłam do toalety (toy toy’a) i ubrałam prezent od Ruggero. Wyglądałam wspaniale, tyle muszę przyznać. Powiedział to samo, kedy wyszłam.  Przez całą ulicę szliśmy w milczeniu, ale zdecydowanie bliżej siebie niż zwykle. Zatrzymaliśmy się pod wieżą Eiffla. Szepnęłam mu do ucha „Dziękuję” i przekazałam uśmiech. Zaraz potem, nie czekając na jego reakcję, pobiegłam do kasy by kupić dwa bilety na samą górę. Zaciągnęłam go do windy. Weszliśmy. Dziwne, bo tam również byliśmy sami. Przejechaliśmy w milczeniu. On chyba chciał w ten sposób zbudować napięcie czy coś w tym rodzaju. Wjechaliśmy na górę.                                                                                                                                                                 - Cudowny widok… - powiedziałam, bo nie mogłam już znieść chwil milczenia.       -Jak ty. – odpowiedział. I już naprawdę nie wiedziałam co mam myśleć. Odwrócił się do mnie. Znów staliśmy w milczeniu. Chciałam zrobić krok ku niemu, ale moje szczęście to moje szczęście i się poślizgnęłam. Złapał mnie. „Może myślał, że zrobiłam to specjalnie?” – znów we mnie przemknęło. On się tylko uśmiechnął, podniósł mnie, objął i… pocałował. I wtedy zrozumiałam, że od długiego czasu mi się podobał. Ogarnęła mnie radość. W końcu, to się skończyło. Musiało. Bałam się cokolwiek powiedzieć. To była zdecydowanie, najbardziej romantyczna rzecz jaka mi się przytrafiła. W zdecydowanie najromantyczniejszym miejscu na świecie.  Staliśmy tak objęci, przez dobre pięć minut.                                                                                                                                      - Już wiem, czemu Ludmiła zakochała się w Federico. – powiedziałam. Naprawdę wiedziałam.                                                                                                      – Już wiem, czemu Broudway w Camili. – odpowiedział.  Po chwili poszliśmy. Zjechaliśmy na dół. Już nie jako koledzy, którzy mówią sobie jedynie „Cześć” na początek dnia. Jako para. Rozmawialiśmy przez dłuższy czas, i nawet nie wiem gdzie byliśmy. W jakimś parku. Usiedliśmy na ławce i postanowiliśmy zadzwonić do kogoś z obsady. Spojrzałam na zegarek w telefonie. Spóźniliśmy się na próbę! Szybko zadzwoniłam do Martiny. Ta oczywiście, zaczęła się z nas strasznie śmiać. W tle głosu Tini, leciała już piosenka „Podemos”, czyli założyłam, że już latała na huśtawce w kwiaty z Jorge. Miałam wyczucie. Ale Martina poprosiła kierowcę autokaru żeby po nas przyjechał. Wkrótce  tak się stało. Wyszliśmy na chodnik przy głównej i po odnalezieniu jakiegoś przystanku ujrzeliśmy nadjeżdżający autokar.     Zaczęliśmy się oczywiście śmiać z naszej wspaniałej głupoty, dzięki której poznałam swoją drugą połówkę. Okazało się, że musieliśmy daleko dojść, bo autokarem jechało się dobre pół godziny. Dotarliśmy na próbę, kiedy miałam zacząć śpiewać z Tini i Mechi „Alcancemos las estrellas”. Śpiewałam, ale cały czas patrzyłam się tylko na niego. Stał za kulisami, więc musiało to trochę dziwnie wyglądać. Następnie próbę mieli chłopacy. Nie chciałam wzbudzać podejrzeń, więc poszłam pod scenę. Dziewczyny jak to dziewczyny, zaczęły się o wszystko wypytywać. Co mi pozostawało? Wszystko im wyśpiewałam. Wydaje mi się, że chłopacy również podejrzewali Rugga bo patrzyli się na niego tak samo jak dziewczyny na mnie. Potem pozwolili nam odpocząć. Wszyscy poszli do garderób. Ja zostałam na scenie. Usiadłam sobie na progu sceny i rozmyślałam  nad tym, co mnie dzisiaj spotkało. Przyszedł Ruggero. Usiadł sobie koło mnie. Nawet go nie zauważyłam. Może dopiero wtedy, kiedy dał mi buziaka. Wtedy wszyscy wbiegli na scenę koło nas i zaczęli bić brawo! Wszyscy się oczywiście dowiedzieli. I tak, miło było wiedzieć, że są tolerancyjni i akceptują nasz związek. Nasza ekipa jest naprawdę świetna. Zaraz potem, przyszła kolej na dalszą część próby. Była piosenka Martiny, a potem miał występować Ruggero.  Całą piosenkę patrzył się na mnie.  W końcu próba się skończyła. Poszliśmy do garderób, odpocząć, bo za kilka godzin miał zacząć się koncert. Postanowiłam, wyjść na chwilkę przed arenę, na której miał się odbyć występ. Oczywiście nie miałam zamiaru wychodzić sama. Po cichu wymknęłam się z garderoby dziewczyn i poszłam długim korytarzem aż doszłam to drzwi garderoby chłopaków. Odetchnęłam i zapukałam. Po kilku chwilach otworzył Jorge.                                                                                                                 - Ja do Ruggero – powiedziałam i się uśmiechnęłam. Jorge krzyknął do niego, a on wyszedł do mnie na korytarz. Zauważyłam, że Jorge puszcza oko do Rugga. „Czy oni coś szykowali?”- pomyślałam. Lecz po chwili spytałam:                             -Wyjdziesz ze mną na chwilkę na dwór? Chcę się przewietrzyć. – Oczywiście ze mną poszedł. Gdy wyszliśmy, stało tam mnóstwo fanów. Za barierkami oczywiście. Gdy to zobaczył, od razu chwycił mnie za rękę i pociągnął bliżej siebie. Co zrobili fani? Zaczęli krzyczeć „Ruggelaria, Ruggelaria!”. I tak oto świat dowiedział się o wszystkim co przeszliśmy. Zaczęliśmy oczywiście machać do fanów i ich pozdrawiać. Wkrótce weszliśmy z powrotem a ja poszłam prosto do mojej garderoby. Musiałam zasnąć na kanapie, która tam była, bo obudziła mnie Alba, mówiąc, że za pół godziny zaczynamy grać. Włosy, makijaż, ciuchy… ze wszystkim zdążyłam. Na koncercie, dokładnie przed piosenką „Światła, kamera, akcja”, Ruggero wyszedł na scenę i zadedykował mi piosenkę. Alba, która stała koło mnie za kulisami, tak się zdziwiła, że niechcący popchnęła mnie zbyt mocno i wleciałam na scenę. Zupełnie nie wiedziałam co mam robić, na szczęści mój „bohater” uratował sytuację. Wziął mnie za rękę i zaczął ze mną tańczyć, jakbym była tancerką! Alba tak się śmiała, że o mało ona nie wskoczyła na scenę.                                                                                                                                       Dobrze, że Ruggero uratował wtedy sytuację. Gdyby nie on, spaliłabym się ze wstydu. Do dziś, jesteśmy szczęśliwą parą. Nigdy nie zapomnę tego dnia w Paryżu.
                                                                                       
------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jeszcze raz dziękuję za wzięcie udziału! Ze zwycięzcami skontaktuje się mailowo!